Stockholm
Stockholm Dodgeball
Out in Stockholm’s parks and spare spaces, the battle of the balls plays out in the world’s most ridiculous sport
Words / Tekst Xav Judd
PHOTOS OLLE KIRCHMEIER
I’m stuck in a huge cage. There’s a lot of shouting and shrieking. And everybody’s being battered into submission with flying rubber objects roughly the size of a watermelon. Now anyone witnessing this spectacle taking place in Södermalm, the quaintest and most bohemian district of Stockholm, might be tempted to call the police or send for the men in white coats. Yet there’s no need: welcome to the wacky, wonderful world of dodgeball.
The Swedish capital isn’t renowned for its fanatics – unless you count those who relish tucking into surströmming; a concoction of literally rotten (or, if you prefer, fermented) herring that smells worse than my other half’s gym socks. What sets this southeastern town apart, however, is its confection of 14 islands that straddle the crisp, blue ripples of the Baltic. Uniquely, nearly two-thirds of its city area consists of waterways or parks and green spaces. An idyllic and serene place where unwanted noise is usually silenced by birdsong… unless, that is, there’s a game of dodgeball.
"I was inspired to bring the zaniest of sports back to my home country when I saw it being played on holiday in New York’s Brooklyn," relates Markus Persson, otherwise known as "dodgefather", being instrumental in setting up the hilarious slingfest in Sweden. "They went bananas for it in the States soon after the Ben Stiller film Dodgeball came out five years ago and resurrected interest in it." It’s easy to see why, for in that rip-roaring comedy, a bunch of geeky misfits must win an event if Vince Vaughn is to keep his rundown gym from his rival, a corporate health fitness freak.
The major rules of the pastime have transferred pretty much direct across the Atlantic; court dimensions are the same, roughly a quarter the size of a football pitch. The main aim of each encounter is to hurl a number of large, plastic, softish balls (the actual number depends on how many members are in each team, with five or seven people being the norm) at your opponents on the other side of the quad. A direct hit means you eliminate them, and you triumph when they are all out.
Of course, it seems too easy watching, so I elect to join in. Soon I feel like the nickname I should be adopting is "babydodge" or even "hodgepodge", as with my lanky arms and greased-up thunder thighs, I have about as much balance and co-ordination as a Sumo wrestler attempting the pole vault. Just five minutes in, there’s a loud WHOOSH as the dreaded sphere rushes towards me, and I instinctively do the splits to avoid it – quite possibly an ace manoeuvre, until I nearly rupture a testicle!
If it’s all starting to sound a little serious, Mats Bax, who organises the games in this area, says: "The only reason we do this is to have loads of fun. I don’t care if we lose the matches even in bigger tournaments, as long as we’ve won over the crowd." Thus, you can expect his side the Red Stripe Warriors to undertake all manner of back flips, star jumps and other Looney Tunes moves to entertain and excite rather than just steamrolling through a game. Such an infectious attitude has obviously caught on, so other cities in Sweden now boast outfits with names that assault the concept of subtlety, such as the Uppsala Headshot Victims.
You wouldn’t be surprised to hear that such über-athletes require a specialist diet. Thus, before I even peer out of our enclosure to see what’s for lunch, the unmistakable waft of pizza and doner kebabs, and the click and hiss of opening beer cans have already stirred my senses. In fact, there’s enough high-fat and carb-laden grub piled up on the table to satisfy the hunger pangs of the most physically challenged darts squad.
Some of the "dodgers" go so far as to break another cardinal rule of fitness – they puff the odd cigarette on court. God forbid if any of the smoke should stink out their groovy get-ups. If the 1970s were the decade fashion forgot, then these guys were doing their damnedest to resurrect it. Either that or completely kill it off. Day-glo vests and t-shirts, retro headbands that Björn Borg and John McEnroe would have been proud to wear in their prime, and skimpy moss-green polyester shorts are just some of the hipper items flung on with abandon. But the real champ of the catwalk is "Magician" (Aron), who dons a shiny tracksuit that would make Mr Bean seem trendy in comparison.
Come heatwave, mist or snowstorm, and wherever the location – this crew has even been known to do its stuff in the Stockholm Metro – I begin to realise that the spirit of this band of brothers can never be broken. This becomes even more apparent, when a victory huddle, complete with a James Brown-like shuffle and exclamation of a Swedish word I wouldn’t dare to repeat, meant we’d won our latest confrontation. Even so, I’m disappointed, remembering how I’d been struck out during play. Cause? Distraction by "Dolly Parton" – where a competitor already holding a ball close to his chest made a grab for another one in the same region – you get the picture. Evidently another training session is needed. Time for some pizza!
www.sthlmdodge.blogspot.com
Dwa ognie w Sztokholmie
W parkach i na otwartych przestrzeniach Sztokholmu trwa bitwa o piłki w najbardziej niedorzecznym sporcie na świecie. Siedzę w wielkiej klatce. Słyszę krzyki i piski. Co chwila ktoś jest przywoływany do porządku latającymi gumowymi obiektami wielkości arbuza. Pierwszym odruchem ludzi przechadzających się obok tego widowiska w Södermalm, urokliwej i artystycznej dzielnicy Sztokholmu, powinno być wezwanie policji lub służb z kaftanami bezpieczeństwa. Nie ma jednak takiej potrzeby, ponieważ to przedstawienie to jedynie rodzaj zwariowanej i wspaniałej gry w dwa ognie.
Szwedzka stolica nie słynie z fanatyków, chyba że policzyć tych, którzy lubują się w surströmming, czyli dosłownie gnijącym śledziu, który śmierdzi gorzej niż niejedne skarpetki. Co wyróżnia to południowo-wschodnie miasto to fakt, że mieści się ono na czternastu zjawiskowych wyspach pośród błękitnych mórz Bałtyku. Co jest również nietypowe, niemal dwie trzecie powierzchni miasta zajmują tereny zielone, parki i kanały. Zwykle więc jest to spokojne idylliczne miejsce gdzie najgłośniej słychać śpiewające ptaki… O ile w pobliżu nie odbywa się właśnie mecz dwóch ogni!
- Do przeniesienia tego najbardziej zwariowanego na świecie sportu do mojego kraju zainspirowała mnie wycieczka do nowojorskiego Brooklynu, gdzie widziałem, jak ludzie grają na świeżym powietrzu – wyznaje Markus, zwany "ojcem dwóch ogni", ponieważ odegrał ważna rolę w spopularyzowaniu tej przedziwnej dyscypliny sportowej w Szwecji. – W Stanach ludzie zaczęli wariować na punkcie dwóch ogni po premierze filmu Bena Stillera "Zabawy z piłką" (oryginalny tytuł: "Dodgeball"). Łatwo zauważyć dlaczego. W komedii kilku nieudaczników musi wygrać swój mecz, by Peter La Fleur nie utracił swojej nieco zaniedbanej siłowni.
Główne zasady tego sportu zostały przeniesione zza Atlantyku. Wymiary boiska są takie same jak w USA (mniej więcej jedna czwarta boiska piłkarskiego). Głównym celem jest rzucanie dużej liczby dużych, miękkich plastikowych piłek (ich liczba zależy od tego jak liczna jest drużyna, zazwyczaj 5-7 zawodników) w przeciwnika po przeciwnej stronie boiska. Ten, kogo piłka uderzy bezpośrednio – odpada. Wygrywa drużyna, która wyeliminuje wszystkich przeciwników.
Z pozycji obserwatora wydaje się to proste, dlatego decyduję się dołączyć do gry. Ale dość szybko zdaję sobie sprawę, że raczej się do tego nie nadaję. Z moimi długimi kończynami i potężnymi udami, mam równowagę i koordynację wojownika sumo skaczącego o tyczce. Już po paru minutach gry słyszę głośne "WIUUU" i widzę straszną kulę pędzącą w moim kierunku. Instynktownie rozkraczam nogi, by jej uniknąć, co może i byłoby mistrzowskim zagraniem, gdyby nie to, że omal przez to nie zrobiłem sobie krzywdy w bardzo prywatnym miejscu!
Jednak nie trzeba tego wszystkiego brać zbyt poważnie. – Robimy to przecież tylko dla zabawy. Nie zależy nam na wygranej, nawet w ważnych zawodach – jesteśmy szczęśliwi, jeśli uda nam się zdobyć serca widowni – mówi Mats, organizator lokalnych rozgrywek. Zatem drużyna "Wojowników w Czerwone Paski" znana jest z różnego rodzaju gwiazd, fikołków i innych zwariowanych akrobacji, które służą rozrywce oglądających, a nie tylko odniesieniu miażdżącego zwycięstwa nad przeciwnikiem. Takie zachowanie udziela się i inne szwedzkie miasta szczycą się teraz drużynami o mało subtelnych nazwach, na przykład "Ofiary Postrzałowe z Uppsali".
Oczywiście tacy poważni sportowcy potrzebują specjalistycznej diety. Jeszcze zanim zbliżę się do boiska, unoszący się z daleka charakterystyczny zapach pizzy i kebabów oraz syczący dźwięk otwieranych puszek z piwem pobudzają moje zmysły. Jest tu wystarczająca ilość tłustego, pełnego węglowodanów jedzenia, by nasycić głód całej ligi graczy w darta.
Niektórzy gracze łamią kolejną żelazną zasadę sportowca – od czasu do czasu zapalają papierosa na boisku. Starają się jedynie nie przypalić sobie swoich wystrzałowych wdzianek. Lata 70. mogą być dekadą, o której moda wolałaby zapomnieć, ale ta drużyna robi wszystko, by temu przeszkodzić. Odblaskowe podkoszulki, opaski na głowę, których nie powstydziliby się Björn Borg czy John McEnroe w latach swojej świetności, nie zapominając oczywiście o obcisłych zielonych szortach z poliestru – oto tylko kilka z elementów ich garderoby. Niewątpliwie gwiazdą stylu jest Magik (Aron), obnoszący lśniący dres, którego pozazdrościłby mu pewnie Jaś Fasola.
Upał, mgła czy burza śnieżna – ani trudne warunki, ani lokalizacja nie powstrzymają ducha tej drużyny. Są w stanie zagrać nawet w metrze. Ich niezłomność można najlepiej zaobserwować, kiedy wykonują swój zwycięski grupowy uścisk i okrzyk po szwedzku, którego nawet nie będę próbował powtarzać. Sam jestem nieco rozczarowany, ponieważ znowu odpadłem z gry. Dlaczego? Dałem się zwieść "Dolly Parton" – zawodnik drużyny przeciwnej przyłożył sobie dwie piłki do klatki piersiowej – resztę możecie sobie wyobrazić. Najwyraźniej muszę wziąć udział w jeszcze niejednym treningu. Ale teraz najwyższa pora na pizzę!




